Menu

zapisane przy okazji

mały człowiek i może, czyli próby dziergania w domu z dwoma maluchami oraz z podstępnymi kotami wółczkogryzami

68. Warzywniaki

przy-okazji

Po czym poznać, że ktoś z współpracowników ma dziecko w państwowym przedszkolu? Ano po tym, że od czasu do czasu wykrzykuje na cały open space "kto umie narysować konika?" a w przerwie obiadowej pośpiesznie wykleja kolejne dzieło sztuki na przedszkolny konkurs. Przedszkola prywatne mają misję odciążenia rodziców, a przedszkola państwowe - wychowania rodziców.


Jesień to wysyp przedszkolnych konkursów, na fejsbuniu mogłam pooglądać dzieła znajomych (i nieznajomych). Niektóre wyglądają, owszem, na prace robione wspólnie z dzieckiem, ale przy wielu tworzy mi się wizja dziecięcia, które stoi w kącie z komunikatem "nie podchodź, bo tatusiowi przeszkadzasz dynię rzeźbić". No jeśli tatuś albo mamusia ma ochotę porysować, powyklejać albo porzeźbić, to naprawdę zakazu nie ma, ale dlaczego trafia to na konkursy prac dzieci?

DSCN0911

I tak to - przedszkolanki angażują rodziców w działania i słusznie, ale jak potem oceniają prace dzieci zestawione z pracami dorosłych? Sama mam w głębi duszy traumę, bo pani nie doceniła mojego bohomaza, który wyglądał dokładnie tak, jak wyglądają rysunki maluchów - fatalnie w zestawieniu z rysunkami mamuś. Ja wiedziałam, że pozostałe rysunki nie są rysunkami dzieci i panie pewnie też to wiedziały. Po co dawać dziecku lekcję, że w życiu nie liczy się jego wysiłek? No i po co już trzylatki wpędzać w wyścig szczurów? Jeśli wybieramy zwycięzcę, to zawsze jest rzesza przegranych. Dzieci jeszcze zdążą nie raz poznać smak porażki. Na tym etapie wystarczyłaby prezentacja, a nie konkurs. Mocno obawiałam się reakcji dziecka na pierwszy przedszkolny konkurs, na szczęście - ominęło nas, młody się rozchorował i dzieła swych małych łapek nie zaniósł.

Nasze przedszkole wymyśliło konkurs na warzywne ludziki. Warzywny ludzik figurował u nas jako punkt w kalendarzu. Ha! Wpisałam to, zanim przeczytałam mądry artykuł, aby czas na konkretne aktywności z dzieckiem umieszczać w kalendarzu, na równi ze spotkaniami i innymi "dorosłymi" sprawami do załatwienia. Tak jesteśmy wytresowani przez korporację, że jak nie ma spotkania w kalendarzu i nie ma deadline'u to nigdy tego nie zrobimy. Więc był przewidziany termin i deadline. I projekt został zrealizowany z sukcesem. (Jeśli za miarę sukcesu uznamy zadowolenie głównego uczestnika)

Do zabawy posłużyły najtańsze i najpopularniejsze warzywa, bo chytra baba jestem i żołądek mnie boli na myśl o wyrzucaniu potencjalnie jadalnych rzeczy. Maruniowaty bawił się świetnie, montując elementy (jako element łączący posłużyły wykałaczki wbijane przez tatę), wybierając warzywa, ozdabiając całość flamastrami i nawet (!) tnąc nożem marchewki. Najpierw powstała główka z selera (bo wiadomo - seler wygląda jak mózgowiec), potem obowiązkowy jeż, las grzybów, coś co miało być strusiem a młody uznał, że to żyrafa, no i ukoronowanie prac - słoń. Słoń i jeż zostaną państwu przedstawione. Jeż to standarcik, ale słoń okazał się cudnym pomysłem i miesiąc po zrobieniu nadal stoi na stole i pomarszczony wygląda jeszcze bardziej słoniowato.

DSCN0910

Pomysł na zabawę lepszy od tradycyjnych ludzików z kasztanów. Warzywa są na tyle miękkie, że dziecko samo może coś z nich zrobić. Dla mnie za to kilka odkryć do wykorzystania na przyszłość - marchewki są fajne i ładne, ale szybko wysychają i przestają być ładne. Rzodkiewki - jeszcze gorzej. Za to ziemniaki, selery i pietruszki trzymają się świetnie. Na skrzydła można wykorzystać liście cykorii lub kapusty - nie wpadłam na to, znalazłam później zdjęcia łabędzi z cykorii.

© zapisane przy okazji
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci